sobota, 18 lutego 2017

Słowenia - Bled


     Po intensywnym pierwszym dniu pobytu w Słowenii i marudzeniu, zarówno dzieci jak i męża, przy wspinaniu się na schody prowadzące do wodospadu Savica, drugiego dnia powiedziałam rodzince żeby sobie zostali na kempingu, a ja sama pojadę zwiedzać Bled.


     W planach miałam pokonanie następnych stopni, tym razem miały to być schody prowadzące do Zamku biskupów z Brixen,  a także spacer dookoła Jeziora Bled. Zapowiadało się więc na kolejny aktywny dzień a nie chciałam za bardzo męczyć dzieci, ani sama się denerwować słuchając ich narzekań.  I co? Nikt nie chciał słyszeć o siedzeniu w namiocie, zabawie na placu zabaw i pluskaniu się w lodowato zimnej rzecze. Wszyscy chcieli jechać na kolejną wycieczkę. 

      Pojechaliśmy więc. Bled jest miasteczkiem typowo turystycznym. Kościół znajdujący się na maleńkiej wyspie jest jedną z turystycznych wizytówek Słowenii. Turystów było tu  więc zdecydowanie więcej niż w odwiedzanym przez nas pierwszego dnia Bohnij

      Po zaparkowaniu samochodu udaliśmy się na spacer wzdłuż jednego z brzegów pięknego, alpejskiego, polodowcowego jeziora, skąd rozpościerał się piękny widok na zamek, do którego mieliśmy zamiar zawędrować.





     Przy plaży znaleźliśmy drogowskaz "Grad" i udaliśmy się stromą, wąską ścieżką (urozmaiconą dużą ilością schodów) wiodącą przez las do zamku zbudowanego na skale, który góruje nad błękitną taflą jeziora. Zamek przez 800 lat należał do biskupów z Brixen, a obecnie znajduje się w nim muzeum.

      Do zamku można się także dostać autem, gdyż prowadzi tam normalna, asfaltowa droga, ale tym razem nie poszliśmy na łatwiznę i dotarliśmy na górę o własnych siłach.

     Do muzeum od początku nie planowaliśmy wchodzić, chcieliśmy jednak zobaczyć z góry panoramę miejscowości oraz jezioro wraz z wysepką i znajdującym się na niej Kościołem Wniebowzięcia NMP.


      Niestety, mimo opisu z przewodnika, nie zobaczyliśmy tego co planowaliśmy ponieważ obszar dookoła zamku zarośnięty był krzakami.


     Po drodze do zamku natrafiliśmy jeszcze na kościół Świętego Marcina z charakterystyczną neogotycką wieżą, który dziewczynki bardzo chętnie odwiedziły. W ogóle one bardzo chętnie zwiedzają wszystkie napotkanie kościoły, nie wiem po kim to mają.



      Po zejściu z góry przespacerowaliśmy się jeszcze trochę wzdłuż brzegu jeziora, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy z przejścia go dookoła, ponieważ kończył się nam czas w parkomacie, a poza tym mieliśmy już zaplanowane odwiedzenie następnej atrakcji.

       Cuda natury zdecydowanie bardziej interesują nas niż dzieła ludzkich rąk (choć te czasem też chętnie podziwiamy) dlatego korzystając z okazji, że jesteśmy niedaleko wąwozu Vintgar postanowiliśmy do odwiedzić.

      Dojechanie do wąwozu nie było niestety łatwą sprawą, nie ma on oczywiście konkretnego adresu, który można wpisać w nawigację, a z Bledu (mimo niewielkiej odległości) nie prowadziły do niego żadne kierunkowskazy. Wpisaliśmy więc w nawigację tylko Vintgar i jechaliśmy za jej wskazówkami przez wioski z uliczkami tak wąskimi, że minięcie się dwóch samochodów graniczyło z cudem. Na szczęście, w pewnym momencie zaczęły się pojawiać drogowskazy za którymi mogliśmy podążać. 

       Przed wejściem do wąwozu znajduje się kilka bardzo dużych, bezpłatnych parkingów z których należy przejść asfaltową drogą do kasy i właściwej części wąwozu (bilety: 4 euro/osoba dorosła, 0,8 euro / dzieci do 6 lat).

     Wąwóz Vintgar został wyżłobiony przez rwące wody rzeki Radowny. Niezwykle malowniczą trasą dla turystów prowadzą nas drewniane mostki, które często biegną wzdłuż stromych skał po jednej stronie i koryta rzeki po drugiej. Niejednokrotnie łączą one także przeciwległe brzegi wąwozu pozwalając nam podziwiać wartki strumień biegnący pod nami. 


  








     Mniej więcej w połowie wąwozu zauważyliśmy intrygujące formy skalne przy skraju wody. Zainteresowani podeszliśmy bliżej i okazało się, że niestety nie jest to kolejny cud natury, a wytwór ludzkich rąk. Wielu turystów schodzi z mostków po to aby ułożyć jak najwyższą wierzyczkę z kamieni i zostawić po sobie jakiś ślad.




      Trasa kończy się mostem przy 13-metrowym wodospadzie Sum, skąd po krótkim odpoczynku udaliśmy się w drogę powrotną. Mimo, iż przejście całego wąwozu to około 3 km w jedna stronę tym razem obyło się bez marudzenia. Szlak prowadzony jest cały czas po płaskim terenie, bez znacznych wzniesień i schodów, a dodatkowo skały wąwozu dostarczają przyjemnego cienia więc dziewczynki bardzo dzielnie maszerowały. 

       Po przyjeździe na kemping w nagrodę mogły zrelaksować się trochę i popluskać w zimnej wodzie. Choć nie wiem co w tym może być przyjemnego, kiedy ma się wrażenie, że ktoś nam wbija szpilki do nóg, ale dzieci zdają się tego w ogóle nie zauważać. Dla nich woda to woda. 


       Pozostałe atrakcje Słowenii:
Bohnij - Kolejka gondolowa Vogel - Wodospad Savica - Jezioro Bohnij





12 komentarzy:

  1. już poprzednia odsłona była wspaniała. Piękne zdjęcia. Widoki, które chce się oglądać bez końca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaazdroszczę Wam tejwyprawy :-) cudne miejsca :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla takich widoków mogłabym przejść setki kilometrów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To spokojnie będziesz mogła zajść do Słowenii na nogach :)

      Usuń
  4. ale cudne widoki wow bosko po prostu mogłabym tam pomieszkać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, tylko pewnie szybko bym zbankrutowała.

      Usuń
  5. Uwielbiam te Wasze podróżnicze posty ! Baśniowe krajobrazy, intrygujące opisy - aż człowiek chciałby się tam teleportować w trybie natychmiastowym :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...