piątek, 24 kwietnia 2015

Rumunia - Delta Dunaju i Morze Czarne


     Po zwiedzeniu kilku miast chcieliśmy wrócić na łono rumuńskiej natury i zmierzaliśmy w kierunku Delty Dunaju. Delta to jeden z najpiękniejszych rejonów Rumunii. Jest to druga co do wielkości delta Europy (po ujściu Wołgi), zamieszkuje ją około 300 gatunków ptaków, a także 160 gatunków ryb słodkowodnych.


      Po drodze mieliśmy małą przygodę - zarobiliśmy mandat. Jeśli będziecie w Rumunii starajcie się uniknąć tej wątpliwej przyjemności. Mandaty może nie są jakieś specjalnie drogie (my dostaliśmy 80 zł jeśli zapłacimy w ciągu 3 dni lub 160 zł jeśli później) za to naprawdę dużym problemem jest zapłacenie go. Według policji mandat można zapłacić w każdym oddziale jednego z lokalnych banków, niestety bank ten nic o tym nie wie. Po wielu próbach ustalenia gdzie możemy uiścić opłatę za niewielkie przekroczenie prędkości pomógł nam w końcu miejscowy taksówkarz. Okazało się, że mandaty płaci się w urzędach skarbowych, które znajdują się tylko w dużych miastach. Na nasze szczęście byliśmy w jedynym dużym mieście w okolicy, a na nasze nieszczęście urząd nie znajdował się w centrum, po co przecież nie jest przeznaczony dla turystów, tylko na jakimś odległym osiedlu, gdzie w dodatku były same zakazy parkowania i drogi jednokierunkowe. Straciliśmy prawie cały dzień na znalezienie go. 

     Wracając jednak do Delty Dunaju, w Tulcei, największym mieście w pobliżu delty, jest możliwość wykupienia wycieczki na jednym z licznych statków turystycznych, podobno trafiają się nawet takie, które mają przeszklone dno. My jednak dojechaliśmy do ostatniego miasteczka, w delcie, jakiejś małej mieściny, której nazwy nawet nie pamiętam. Tam wynajęliśmy małą, dwuosobową łódkę i wyruszyliśmy w podróż. Mogliśmy wpłynąć w zarośla, podpłynąć do lilii wodnych i podglądać z bliska liczne ptaki zamieszkujące ten piękny zakątek świata. Na dużym statku nie mielibyśmy takiej możliwości. Nie będę opisywać co tam widzieliśmy, to trzeba zobaczyć.













     Ostatnim (tak nam się przynajmniej wówczas wydawało) naszym przystankiem w kraju Drakuli było Może Czarne. Po całym tygodniu samochodowej podróży i zwiedzania bardzo przyjemnie było zanurzyć się w morzu.




     Myśleliśmy, że to już koniec naszej rumuńskiej przygody, jednak gdy tydzień później wracaliśmy z Bułgarii przez Rumunię do domu zepsuł się nam samochód i musieliśmy tam spędzić dodatkowe 3 dni. Zatrzymaliśmy się w malutkiej, zupełnie nie turystycznej miejscowości, gdzie zetknęliśmy się z bardzo miłymi ludźmi. 

     Samochód umarł  nam na autostradzie, na szczęście udało nam się jeszcze zjechać na parking, gdzie czekaliśmy na lawetę w pełnym słońcu przez ponad 5 godzin! Na szczęście jacyś mili ludzie zlitowali się nad nami i zostawili nam swoją wodę, gdy nasza się już skończyła. "Najśmieszniejsze" było to, że gdy przyjechała już nasza pomoc i zapakowała nas na pakę, samochód, który miał nas uratować nie odpalił. Kierowca nawet nie był tym zbytnio zdziwiony, pogrzebał coś w kabelkach i ruszyliśmy.

     Przez to, że tak długo czekaliśmy na pomoc, przyjechaliśmy do warsztatu samochodowego już po jego zamknięciu, a był to piątek. W sobotę warsztat był oczywiście zamknięty. Na szczęście kolejny raz trafiliśmy na miłych ludzi, kierowca lawety zadzwonił do właściciela i powiedział mu o naszej sytuacji, a ten zaoferował się, że przyjedzie w sobotę razem ze znajomym który trochę mówi po angielsku aby zerknąć co się mogło popsuć. 

     Dobrze, że mieliśmy wykupione ubezpieczenie, które oprócz lawety pokrywało też koszty noclegu w hotelu. Hotelu do którego oczywiście nie mogliśmy trafić, spytaliśmy o drogę przechodzącą obok kobietę, niestety nie umiała nam wytłumaczyć jak się tam dostać więc co zrobiła? Zaprowadziła nas do niego!

     Następnego dnia spotkaliśmy się z właścicielem warsztatu i jego znajomym. Możecie sobie wyobrazić jak wyglądała nasza rozmowa - nasz angielski jest mniej więcej na poziomie podstawówki lub niższym, "ja być Kali" to szczyt naszych lingwistycznych umiejętności, a nasz rozmówca mówił niewiele lepiej. I nagle przyszło nam rozmawiać o awarii samochodu!!! Gdyby słyszał to ktoś kto dobrze zna angielski chyba umarłby ze śmiechu. Ale jakoś się dogadaliśmy. Nie znam się na samochodach, ale właściciel poodpinał jakieś przewody, popsikał jakimś sprayem i auto, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odpaliło. Nie puścili nas jednak do domu i kazali przyjść w poniedziałek, jak mechanik będzie w pracy, aby jeszcze on mógł zerknąć na samochód.

     W poniedziałek mechanik zawiózł nas na stację benzynową, samochodem odpalonym w ten sam sposób, i kazał zatankować do pełna. Okazało się, ze coś się zapowietrzyło w układzie paliwowym i wystarczyło dolać paliwa. Na pożegnanie dostaliśmy "magiczny" spray, zapłaciliśmy za całe zamieszanie 20 zł i pojechaliśmy do domu!

     Na koniec jeszcze kilka słów o rumuńskich kempingach. Zdecydowanie najmniej zadowoleni byliśmy z tego nad morzem, był mały i straaasznie zatłoczony, a dodatkowo nie było dostępu do prądu więc mieliśmy problem z przygotowaniem sobie czegoś do jedzenia. Kempingi w górach to zupełnie inna sprawa. Były przestronne, co kawałek było źródło prądu, a czasami także wody. Na jednym z nich był nawet basen. Jeśli chodzi o warunki higieniczno - sanitarne to były całkiem przyzwoite, na jednych było trochę lepiej, na innych trochę gorzej, ale raczej nie ma się czego przyczepić. Kempingi były praktycznie puste, często byli na nich tylko Niemcy w swoich luksusowych przyczepach i my z naszym małym namiotem. 

     Jedyną rzeczą jak mnie strasznie raziła podczas naszego pobytu w Rumunii to głodne, bezpańskie psy, które są dosłownie wszędzie, nawet w miejscach bardzo oddalonych od skupisk ludzkich.
     
      Ktoś poczuł się zachęcony do spędzenia wakacji w Rumunii?

     

12 komentarzy:

  1. WOW ale pięknie :) z miłą chęcią spedzilbym tam wakacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudownie. Te ptaki na wyciągnięcie dłoni. Coś pięknego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja i to bardzo,bardzo. Może za rok -bo niestety w tym roku praca mi nie pozwoli na dłuższy wyjazd :( Nie sądziłam, ze to aż tak piękny kraj - zdjęcia oszałamiająca..po prostu pięknie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My w sumie też nie byliśmy tam długo, pomijając przymusowy postój związany z awarią samochodu, byliśmy tam tydzień.

      Usuń
  4. Oj to mieliście troszkę niefajnych przygód... Ale wspomnienia, obraz tych ptaków tak blisko pozostaną na długo :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz, po czasie, to się miło wspomina :)

      Usuń
  5. Zamykam oczy i już tam jestem :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja płynęłam po Delcie takim właśnie "dużym" statkiem, który wcale nie był taki duży. Mieściło się na nim max 15 osób. Była cisza, spokój i wiatr we włosach. Ptaki i zarośla Delty zapierały dech w piersiach, ale dużo większe wrażenie zrobił na mnie prom z Gałacza do Tulczy. Z jednej strony miasto, kominy fabryk i cywilizacja, a z drugiej... kilka chatek, piach i cygańskie wozy z dziećmi na na szczycie dobytku. Dopiero wiele kilometrów dalej Tulcza z Deltą Dunaju i dzikim ptactwem. Bajeczne przeżycie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z Tobą, bajeczne przeżycie :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...