piątek, 17 października 2014

Adopcja - nie taki diabeł straszny jak go malują

     


     O procedurze adopcyjnej krążą już niemal legendy. Jest ona często przedstawiana jako coś bardzo skomplikowanego i trudnego do przebrnięcia. U nas było zupełnie inaczej. Nie wiem czy większość opinii jest po prostu przesadzona czy może my mieliśmy wyjątkowe szczęście spotykając na swojej drodze samych życzliwych ludzi, dzięki którym cała procedura była w sumie bardzo przyjemnym etapem oczekiwania na dzieci.

     Wszystko zaczęło się od telefonu do ośrodka i umówieniu się na spotkanie, już pierwsze wrażenie było bardzo sympatyczne.

     W sumie mieliśmy 4 spotkania. Pierwsze spotkanie było typowo informacyjne, dowiedzieliśmy się tylko jakie dokumenty będą nam potrzebne i umówiliśmy się na pierwsze spotkanie z psychologiem, a była to ta sama Pani z którą mieliśmy spotkanie informacyjne. Następnie mieliśmy dwa spotkania ze wspomnianym psychologiem i jedno z pedagogiem. Wszystkie rozmowy były bardzo miłe, rozmawialiśmy z Paniami jak z nowo poznanymi znajomymi. Panie nie zadawały nam żadnych krepujących pytań ani nie interesowały się naszymi wcześniejszymi staraniami o dziecko.

     Ogólnie rozmowy dotyczyły sytuacji rodzinnej, warunków materialnych i mieszkaniowych oraz tego jak się poznaliśmy i czym się zajmujemy oraz tego jak spędzamy czas wolny i dlaczego uważamy, że nasz partner byłby rodzicem. Były też pytania o to kiedy podjęliśmy decyzję o adopcji, czy jesteśmy gotowi adoptować dziecko chore, czy rodzina wie o naszych planach i jak się na nie zapatruje oraz o to jak widzimy opiekę nad dzieckiem. 

     Na spotkaniach mieliśmy też kilka nazwijmy to "ćwiczeń". Dostaliśmy np. karteczki, na których były wypisane różne zachowania dzieci i mieliśmy je pogrupować na trzy kategorie: "taka sytuacja jest dla nas normalna", "z tym problemem chyba byśmy sobie poradzili", " z tym problemem nie wiedzielibyśmy co zrobić" (nie pamiętam już dokładnie jak brzmiały te trzy kategorie, ale do tego się one sprowadzały). Po tym jak już ułożyliśmy karteczki według naszych przypuszczeń (bo czy sobie poradzimy z danym problemem to dopiero życie zweryfikuje) Pani podpowiadała nam jak ewentualnie rozwiązać kwestie wychowawcze zawarte w grupie "z tym problemem nie wiedzielibyśmy co zrobić". 

     Kolejnym "ćwiczeniem" była lista około 200 przymiotników na której trzeba było zaznaczyć te, które dotyczą nas i te które dotyczą naszego partnera. Był też taki zegar, jaki często rysują dzieci w przedszkolu czy w pierwszych klasach podstawówki - trzeba było na nim zaznaczyć jak mniej więcej wygląda nasz dzień. 

     Po każdym spotkaniu dostawaliśmy też do przeczytania jedną lub dwie książki na temat adopcji, abyśmy mogli zapoznać się z tą tematyką oraz aby milej nam upłynął czas do następnego spotkania.

     Dokumenty jakie były nam potrzebne do złożenia wniosku o kwalifikację na rodzinę adopcyjną to:

- życiorys - aby było nam go łatwiej napisać dostaliśmy listę z informacjami jakie powinny być w nim zawarte, my napisaliśmy chyba tyko po jednym czy dwa zdania na temat każdego z tych zagadnień

- odpis zupełny aktu małżeństwa - odpis odbiera się Urzędzie Stanu Cywilnego bezpłatnie dla osób starających się o adopcję

- zaświadczenie o zatrudnieniu i zarobkach - nie jest na nim zaznaczone, że to do celów adopcyjnych więc nie trzeba o tym informować pracodawcy

- zaświadczenie lekarskie z przychodni rejonowej z adnotacją o braku przeciwwskazań do adopcji - za to zaświadczenie płaciliśmy 20 zł x 2

- potwierdzenie zameldowania - zaświadczenie odbiera się w Urzędzie Miasta bezpłatnie dla osób starających się o adopcję

- zdjęcie

     Z dokumentów było potrzebne jeszcze zaświadczenie o niekaralności z Krajowego Rejestru Karnego, ale to załatwiał Ośrodek Adopcyjny żebyśmy nie musieli za to płacić.

     Następnym etapem był wywiad w miejscu zamieszkania. Wizyta była zapowiedziana i godzinowo dostosowana do naszych możliwości wzięcia wolnego w pracy. Z Panią, która do nas przyjechała nie mieliśmy wcześniej okazji się spotkać, ale okazała się także bardzo miła. Obejrzała mieszkanie i porozmawiała z nami chwilę. Większość zadanych przez nią pytań pokrywała się z tymi zadawanymi wcześniej w ośrodku. Były także pytania dotyczące naszych oczekiwań odnośnie dzieci (od razu zaznaczyliśmy, że  chcemy rodzeństwo). Pani była także zachwycona naszym kotem, który także przyszedł się przywitać i bardzo chętnie dał się głaskać. Stwierdziła, że skoro kot jest taki spokojny i otwarty to z dziećmi też sobie pewnie poradzimy :)

     Po przejściu wstępnej kwalifikacji odbyło się szkolenie dla rodziców adopcyjnych. Szkolenie obejmowało 10 spotkań raz w tygodniu. Część spotkań była organizowana w formie wykładów, a część w formie różnych zadań do wykonania, przeważnie były to zadania w grupach. W szkoleniu brało udział 11 par i tu także poznaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi. Z większością z nich spotykamy się do dziś.

     Od pierwszego spotkania w ośrodku do uzyskania kwalifikacji minęło pół roku. Na dzieci musieliśmy niestety czekać trochę dłużej. W sumie od pierwszej wizyty w ośrodku do otrzymania TEGO telefonu minęły dwa lata. Niby długo, ale z drugiej strony cały czas była mowa o 5 latach więc mieliśmy miłą niespodziankę.

     Późniejsze etapy opisałam już w postach Droga do szczęścia cz.1, Droga do szczęścia cz.2 i Droga do szczęścia cz.3. I muszę zaznaczyć, że w Ośrodku Adopcyjnym do którego trafiliśmy Panie były równie miłe, jeśli nawet nie jeszcze milsze niż w naszym. Jako, że mieliśmy tam trochę daleko, spotykały się z nami nawet po godzinach pracy i w soboty.

     Więc dziękujemy wszystkim, których spotkaliśmy na swojej drodze adopcyjnej i wszystkim życzymy równie miłych wspomnień z adopcji jak te nasze.
     

1 komentarz:

  1. Faktycznie nie wygląda to tak strasznie jak się wszystkim wydaje :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...